30 czerwca 2020

Czytnik dla minimalistki i rok z Legimi (Plusy i minusy) 📖

Czytnik dla minimalistki i rok z Legimi (Plusy i minusy) 📖
Lubię czytać, zawsze lubiłam. Jako dziecko pochłaniałam książki w tempie rekordowym, kupowałam je i wypożyczałam z biblioteki. 

W miarę  postępowania mojego zaangażowania w minimalizm, a potem też zero waste, zaczęłam kupować coraz mniej książek, rozstawiać się z posiadanymi i korzystać praktycznie tylko z biblioteki lub dobrej woli moich przyjaciółek pożyczających mi książki. 

Początkowo tęskniłam za ekscytacją idącą za kupnem nowej książki, ale zauważyłam też jak dużą przyjemność sprawia mi posiadanie mniej i cieszenie się widokiem tylko ulubionych tomów na półce. 

W końcu zaczęłam używać czytnika, żeby móc korzystać z nowości literackich bez kupowania fizycznej książki, która po przeczytaniu stawała się często kolejną rzeczą, której użyłam tak naprawdę tylko jeden raz. 


Czy elektroniczne słowa mogą zastąpić fakturę papieru, zapach stron, przyjemność z patrzenia na piękną okładkę? Nie, nie mogą, bo są czymś zupełnie innym. Dla mnie, po kilku latach używania, czytnik to wygoda i lekkość przy czytaniu na mieście i podczas podróży, brak konieczności kupowania fizycznych książek i składowania ich w domu.

Od roku opłacam subskrypcję w Legimi, gdzie za 30 zł mogę miesięcznie przeczytać siedem książek dostępnych na ich platformie. Kiedy rozmawiam ze znajomymi o książkach, pada często pytanie o zadowolenie z  Legimi, bo cokolwiek czytam, biorę właśnie stamtąd. Dziś będzie właśnie o plusach i minusach tej usługi. 

Plusy Legimi:
  • 30 zł za siedem książek? Deal. Nawet jeśli przeczytam tylko dwie to opłaca mi się to bardziej  niż kupienie ich pojedynczo.
  • 7 książek w miesiącu to dla mnie bardzo dużo, a jeśli nie zdążę z tą ilością, mogę ściągnąć je ponownie nie wykorzystując limitu z kolejnego miesiąca. Na czytniku mogę też trzymać kilkanaście książek, tysiące stron.
  • Dla fanów słuchania można rozszerzyć abonament również o audiobooki!



Druga strona medalu, czyli minusy: 
  • Legimi to nie księgarnia z wszystkimi nowościami i wydawnictwami, więc zdarza się, że nie znajdę książki, którą chciałabym przeczytać.
  • Na świeżutkie nowości trzeba czasami nieco poczekać, a w księgarni można byłoby kupić je od razu lub nawet zamówić przedpremierowo.
Suma summarum, dla mnie czytnik i abonament w Legimi to świetna zamiana z książek tradycyjnych. Wciąż doceniam i tę formę, bo uwielbiam zapach papierowych stron, widok ulubionych grzbietów okładek na półce, ale to, co jest dla mnie najważniejsze to wygoda, a więc:

Plusy z posiadania czytnika:
  • lekkość, bo czytnik waży tyle, co nic
  • możliwość czytania wielu książek na raz
  • niskie koszty; 30 zł zapewnia mi kilka książek miesięcznie

Ode mnie tyle na dziś, wylogowuję się i idę czytać. 📖

Do usłyszenia! 
Basia 

18 czerwca 2020

Moje wiosenne eko-sukcesy 🌱

Moje wiosenne eko-sukcesy 🌱
Hej!

Jak się dziś macie? Ja wcale nie najgorzej, a do mojego dobrego samopoczucia przyczynia się temat dzisiejszego tekstu. Opowiem o moich ostatnich eko-sukcesach, czyli praktykach, które udało mi się wprowadzić w życie lub rzeczach, które albo zrobiłam sama, albo ,,zdobyłam'' bez kupowania #zdrugiejręki

Zapraszam!

Kwietnik na roślinki z palety

Jakiś czas temu przytargałam od mamy europaletę z zamiarem zbicia z niej kwietnika na balkon. Sprawa była bardziej skomplikowana niż myślałam, bo z moim brakiem doświadczenia i wątpliwą siłą ramion nieźle się namęczyłam, ale w końcu powstało takie cudo. 

Nie jest jeszcze gotowa, na drugim poziomie zieje dziura, ale to tylko chwilowo. Nie śmiejcie się z mojego zmęczonego kwiatka po lewej, południowe słońce działa tak na każdego...



Kolor uwarunkowany zasadami zero waste, bo mama miała akurat taki pod ręką, stąd szalona fuksja na moim balkonie. Nie narzekam!

Spodnie męskie przeszyłam na damskie

Twój chłopak pozbywa się starych spodni? Gratulacje, zdobyłaś nową część garderoby. Przygodę z szyciem zaczęłam już w zeszłym roku, ale niedawno udało mi się właśnie przeszyć stare spodnie męskie na coś fajnego dla siebie. Reuse, recycle!
Po! Zmniejszone na bokach i z tyłu


Insta-poza



Woda po makaronie do podlania roślin

Zażyli zero wasterzy pośmieją się ze mnie, ale przyznam, że wcześniej zwyczajnie nie pomyślałam o użyciu wody po makaronie do podlania roślinek, a gdy już wiedziałam to byłam niepewna albo po prostu mi się nie chciało. 



Teraz mam na to wygodny patent z sitkiem, gorącą wodę wystawiam w konewce na balkon do ostudzenia, a potem podlewam nią mój mały ogródek. Czasami roślinkom wpadnie jakiś zagubiony świderek, ale na razie nie narzekają...
 
Odżywka do włosów w kostce

<3

W czasach pandemii nie wybierałam się do innych sklepów niż spożywcze, ale ostatnio w potrzebie zajrzałam do drogerii, gdzie znalazłam pierwszą w życiu odżywkę w kostce! Zapakowaną w sam kartonik, wyprodukowaną w Polsce, czego chcieć więcej? Póki co sprawdza się świetnie, a kosztowała grosze.

Suszona mięta i melisa od sąsiadki

Herbatę piję codziennie. Kupuję ją do własnych pojemniczków w zaufanych sklepach, gdzie nie dodaje się do nich sztucznych barwników, czy aromatów. Ponieważ staram się nie wychodzić z domu, a powoli kończyły się moje herbaciane zapasy, wybrałam się z wizytą do sąsiadki z parteru, która reklamowała już wcześniej swoją miętę i melisę. 




Po ,,zbiorach'' ususzyłam zioła w domu, zebrałam do słoika i mam zdrowe herbatki za darmo. 

Oby tylko więcej eko-sukcesów! A Wy jak radzicie sobie z eko-życiem tej wiosny? 

Do usłyszenia!
Basia 

26 maja 2020

Introwertyk to nie robot

Hej, hej!

Jak tam drugi miesiąc kwarantanny? Mój zaskakująco lepiej niż poprzedni, może dlatego, że jest już cieplej, a ja wzięłam się za przemianę mojego zapomnianego balkonu w przyjemne miejsce. Pod oknem kwitnie krzak bzu, dziś do moich kwiatów przyleciały dwie pszczoły.

Kiedy wracam ze sklepu ogrodniczego z goździkami i lawendą ich zapach unosi się delikatnie wokół mnie i przenika grubą maskę ochronną. Mimo niej czuję promienie słońca na twarzy i ramionach; ciekawe, kiedy znów będę piegowata?

Gdy tworzę myśli i pozwalam im na swobodny przepływ przez głowę, zaczynam zauważać, jak brakuje mi dzielenia się dniem z innymi ludźmi. Rozmawiam przez telefon, piszę wiadomości, ale dziś zauważyłam, że to, czego mi brakuje to tak naprawdę dzielenie się przestrzenią bez niechęci wobec innych. Wykonywanie codziennych sprawunków w towarzystwie przypadkowych osób, które tak samo, jak ja mają dziś coś do zrobienia.

Korzystałam ostatnio z aplikacji do medytacji, w której usłyszałam słowa, że niezależnie od tego, czy ktoś jest mi bliski, czy nie i czy go lubię, czy nie znoszę, to każdy z nas tak naprawdę dąży po prostu do szczęścia. Wybory, których dokonujemy, świadome lub nieświadome, mają prowadzić nas do zadowolenia. Zadowolenia z osiągnięcia spokoju, sukcesu.

Tęsknię za ludźmi, a może po prostu za zwykłym życiem bez epidemii. Przestrzegam zasad lockdown, widzę się więc z bardzo ograniczoną liczbą osób. Na ulicy unikam przecież kontaktu, tak samo w sklepie, nie korzystam z komunikacji miejskiej, nawet nie potrzebuję. W epidemii jestem samotną wyspą. Identyfikuję się jako introwertyczka od wielu lat, im jestem starsza, tym bardziej akceptuję swoją osobowość i to, że nie czuję się dobrze w tłumach, przy nieznajomych, lubię też być sama. Od początku kwarantanny widzę w internecie memy typu: ,,Spełniają się marzenia introwertyków, bo nie wolno wychodzić z domu.'' Ale introwertyk to nie robot, przynajmniej ja jako introwertyczka zaczęłam, po początkowym haju ,,wolnego'' czasu zaoszczędzonego na dojazdach, odczuwać tęsknotę za ludźmi. Spotykanymi na drodze do pracy, w pociągu, w pracy i na uczelni. Jestem introwertyczką, ale nie jestem samotną wyspą. 

Blogi były kiedyś formą pamiętnika. Dziś zamiast zapisać to w moim fizycznym notesie, wysyłam słowa w przestrzeń internetową. Do usłyszenia!

25 kwietnia 2020

,,Mój rok relaksu i odpoczynku'', sen zimowy dla duszy

,,Mój rok relaksu i odpoczynku'', sen zimowy dla duszy
Źródło: lubimyczytać.pl
To nie jest blog czytelniczy. To jest (zazwyczaj) blog o zero waste i zielonym stylu życia. Znacie to uczucie, kiedy przeczytacie książkę i jesteście potem na książkowym kacu, bo wrażenie po lekturze pozostaje? Właśnie. Dzisiaj o książce ,,Mój rok relaksu i odpoczynku''.

,,Mój rok relaksu i odpoczynku'' Otessy Moshfegh zaczęłam czytać po poleceniu Joli Szymańskiej z myślą, że to albo poradnik, albo reportaż, bo tego spodziewałam się po tak szczerym tytule. Książki o tzw. self care, czyli dbaniu o swoje zdrowie fizyczne i psychiczne są teraz dość popularne (i słusznie!), więc spodziewałam się przyjemnej, szybkiej i niezobowiązującej lektury. Dostałam jednak coś znacznie więcej, bo ,,Mój rok relaksu i odpoczynku'' wywrócił moje pojęcie self care do góry nogami. Przede wszystkim nie wpadł mi w ręce poradnik, za to relaks i odpoczynek bohaterki ciężko nazwać pozytywną inspiracją.

Nowy Jork, rok 2000. Nasza bohaterka jest piękna i młoda, ma wykształcenie i pieniądze. Mimo tego jest zgorzkniała, chłodna i niezainteresowana codziennością, gdy postanawia, że tak naprawdę pragnie przesypiać dnie w farmakologicznej drzemce. Dzięki niekompetentnej lekarce i porządnej grze aktorskiej udaje jej się regularnie otrzymywać recepty na wszelkiego rodzaju leki nasenne i uspokajające, które zapewniają jej bezproblemowy sen.

Czytając początkowe rozdziały dziwiłam się samej sobie, że jeszcze nie zamknęłam książki i nie usunęłam jej z czytnika. Jako osoba z doświadczeniem lęków i depresji staram się zazwyczaj unikać treści tego typu, ale było coś, co przykuwało moją uwagę do kolejnych stron i sprawiało, że chciałam dowiedzieć się, co stanie się dalej. Nie czekałam na tragiczną odmianę losu, przedawkowanie czy odkrycie prawdy przez lekarkę bohaterki. Wręcz przeciwnie, miałam wrażenie, że zaczynam kibicować jej w tym, jak pewna siebie sięga po to, czego chce i potrzebuje mimo tego, że wydaje się to być niszczące i bezsensowne.

Niektórzy pewnie pomyślą, że coś ze mną nie tak, ale w miarę przewracania kolejnych elektronicznych kartek zaczynałam widzieć i może nawet rozumieć, co dzieje się w głowie bohaterki. Była ona nieczuła, zamknięta w sobie, porywcza i niemalże okrutna wobec pojawiającej się w powieści przyjaciółki. Jej zachowaniu przypominało zwierzęcy instynkt, pragnienie zaszycia się w norze, zaśnięcia na długie miesiące, by przeczekać zimę. Zimą zdaje się tu być jej samopoczucie, ale wystrzegam się przed napisaniem, że bohaterka ma depresję i cierpi, a nie chce tego pokazać. Dla mnie to nie nie tylko przeżywanie na nowo dawnych strat, porażek i odrzuceń, ale też, a nawet przede wszystkim, świadomy wybór! Świadomy wybór brania leków, przesypiania i odcinania się od świata. Bycie samotnym jest tak samo znaczące, jak wstąpienie do relacji lub grupy.

Ostatecznie, zmiana w zachowaniu bohaterki to nie ,,powrót'' do normalności tylko przepływ z jednego stanu do drugiego. Ów rok relaksu i odpoczynku to nie zastój ani marnowanie czasu tylko stworzenie go, by móc z niego w pełni korzystać później, po zbudowaniu się na nowo. To za to brzmi właśnie jak tekst z poradnika: ,,Odnajdź siebie! Wyjdź ze strefy komfortu!'', a mam na myśli odwrotność. Wnętrze bohaterki mówi: ,,Wejdź, schowaj się, tu jest Twoja strefa komfortu.'', a ona słucha i z tej strefy korzysta.

Format trochę inny niż zazwyczaj, bo z zero waste ma to niewiele wspólnego, ale mam nadzieję, że kto przeczyta ten mi wybaczy. Do usłyszenia następnym razem!

Basia

21 kwietnia 2020

8 rzeczy, których już nie kupuję 💲

8 rzeczy, których już nie kupuję 💲
Hej!

Long time, no see. Jak się macie? Ja zupełnie średnio, ale zachciało mi się znów pisać. Cześć i czołem, witam znów!

Oglądając na Youtubie filmy związane z zero waste i ekologicznym stylem życia natykam się często na wideo typu ''antyhaul'', czyli listy rzeczy, których dana osoba nie kupuje choć kiedyś to robiła lub listę zbędnych i nieekologicznych nawyków, których się pozbyła. Zaczęłam zastanawiać się, czy mogłabym sama zrobić listę rzeczy, których kiedyś używałam codziennie, ale przestałam ze względu na ich marnotrawny charakter albo zwyczajną zbędność w moim życiu.

Ta lista jest oczywiście bardzo obiektywna. Nie wszystkie z pozycji będą możliwe do wyeliminowania dla każdego, a niektóre mogą być rzeczami koniecznymi dla innych. Chciałam po prostu podzielić się zbiorem produktów, które mi osobiście, nie są już potrzebne, a dzięki czemu czuję się wolniejsza od szkodliwych środowisku nawyków albo zagracania własnej przestrzeni.

1. Waciki i patyczki do uszu

To chyba jedne z pierwszych rzeczy, jakie znikają z półek aspirujących zero wasterów. Plastikowe patyczki zużyłam do końca, a od tego czasu kupiłam paczkę biodegradowalnych patyczków, zrobionych z papieru. Notabene, czy czyszczenie uszu patyczkami nie jest przypadkiem szkodliwe?

Wacików pozbyłam się dość wcześnie i zastąpiłam je po prostu swoimi rękami. Dzięki temu nie wlewam kosmetyków w wacik, więc ich nie marnuję.

2. Produkty do demakijażu

Temat kosmetyków sprowadza nas do wszelkich produktów do zmywania makijażu, które z czasem zniknęły z mojej łazienki. Na początku zastąpił je olej kokosowy, potem mydło do twarzy, a na koniec znajdujące się akurat pod prysznicem mydło.

Wiem, że niektórzy oburzą się na to stwierdzenie, ale nie widzę wielkiej różnicy między zmywaniem makijażu, czy ogólnie myciem twarzy specjalnymi produktami, a zwykłym mydłem do ciała.

3. Maseczki do twarzy

A w szczególności te w saszetkach lub w płachtach schowanych w saszetce! Pewnego dnia doszłam do wniosku, że nie czuję, żeby moja skóra wyglądała po nich aż tak inaczej, czy lepiej, żeby usprawiedliwić ich zupełnie nieekologiczny charakter.



Obecnie jeśli stosuję maseczki, co zdarza się bardzo rzadko, są to produkty kupione w dużych opakowaniach, które mogę poddać recyklingowi. Mam jednak zamiar zużyć to, co mam i nie kupować ich więcej.

4. Peelingi z drobinkami

Kiedy dowiedziałam się, że te małe niebieskie kuleczki w peelingach do twarzy i ciała to tak naprawdę mikroskopijne drobinki plastiku, które z naszego prysznica trafiają prosto do wody, gdzie zostają m.in. zjadane przez zwierzęta i ryby. Ze względu na swoją mikroskopijną wielkość, drobinek nie można odłowić z wody; nie są one też biodegradowalne, więc po malutku przyczyniają się do wzrostu Wielkiej Pacyficznej Plamy Śmieci.

4. Notesiki i karteczki do zaznaczania 

Muszę przyznać, że kiedyś uwielbiałam wszelkiego rodzaju samoprzylepne karteczki, małe strzałki do zaznaczania, czy miniaturowe notesiki. Kupowałam ich tyle, że nie miałam czasu ich potem zużyć.




Każdą notatkę mogę zapisać w kalendarzu, na kartce, której i tak używam albo, najlepiej, jako przypominajkę w telefonie. W ten sposób nie zużywam papieru, a telefon przypomni mi o odpowiedniej rzeczy w odpowiednim czasie.

5. Papierowe ręczniki

Zrezygnowanie z papierowych ręczników kuchennych było dla mnie dość trudne. Nigdy nie byłam wielką fanką gotowania i ogólnie przebywania w kuchni, a myśl o wytarciu brudnego blatu, czy rozlanego sosu ściereczką/szmatką była dla mnie zwyczajnie odrzucająca.

Postanowiłam jednak przełamać się ze względu na dążenie do zieleńszego stylu życia i najpierw zostawiłam ręczniki papierowe tylko do największych brudów, a ostatecznie wyeliminowałam je z naszej kuchni. Naprawdę  nie są potrzebne, kiedy można brudne miejsce spryskać wodą z octem, wytrzeć ściereczką, a potem albo ją wypłukać, albo wrzucić do prania. W kuchni trzymam teraz po prostu więcej różnych szmatek na różne okazje i nie tęsknię za papierowymi ręcznikami.

6. Pamiątki

Jako dziecko lubowałam się w pamiątkach. Kupowałam śnieżne kule, pozytywki, figurki, a także takie hity, jak ciupagi i łuki (z napisem ,,Kraków'' itp...). Z wiekiem zaczęłam zauważać ich kiczowatość, ale wciąż kupowałam pamiątki innego rodzaju jak np. ozdoby do domu, obrazy, ubrania. Wciąż nie zauważałam, że zamiast skupić się na przeżywaniu miłych chwil z rodziną i przyjaciółmi fiksuję się na przedmiotach i tym, jak będą prezentować się na półce w domu. W pewnym momencie zamiast kupować kolejne bibeloty zaczęłam robić więcej zdjęć, aby pamiętać moje wyjazdy. Później zamiast zdjęć zaczęłam po prostu być i rozmawiać.

Wiem, że to brzmi jak wyświechtany tekst, ale dzięki temu zapamiętuję znacznie więcej przyjemnych i śmiesznych chwil z moich podróży zamiast skupiać się na kupowaniu kolejnego grata, który zaśmieci mój dom, a potem wyląduje na wysypisku śmieci.


Dzisiaj, jeśli już kupuję pamiątkę-pamiątkę (co zdarza się bardzo rzadko) to jest to coś pożytecznego, co również przypomni mi przebytą podróż albo coś zdecydowanie pięknego, co wzbogaci mój dom, ale tylko jeśli wiem, że naprawdę docenię tą rzecz i mam dla niej miejsce w swoim otoczeniu.

7. Picie w plastikowych butelkach

Chodzi mi tu zarówno o wodę, jak i inne rodzaje napojów. Zazwyczaj mam ze sobą wodę w wielorazowej butelce, czy bidonie, ale jeśli zdarzy mi się o niej zapomnieć to kupuję to, co dany sklep oferuje w szklanej butelce.

Czasami jest to smoothie, czasami sok albo woda. Staram się tu unikać plastiku, bo zrobione z niego butelki są obecnie największym zagrożeniem dla zbiorników wodnych na świecie.

Zdarza się, że w sklepie nie ma w szkle akurat tego, na co mam ochotę. Trudno. Napiję się wtedy po prostu tego, co jest. Nic mi nie będzie, a nie usprawiedliwię kupienia szkodliwej butelki tylko dlatego, że mi się akurat chce sok taki, a nie inny. 


8. Książki

Czas na kontrowersje... Nie kupuję książek... Przynajmniej tych papierowych. Nie chodzi tu tylko o kwestię ekologiczną, bo przestałam kupować książki z innych powodów. Przede wszystkim dlatego, że większość pozycji wypożyczam z biblioteki, pożyczam od znajomych, a w ostateczności kupuję ebooki. Korzystam też z serwisu Legimi.


Nic nie zastąpi papierowej książki, jej zapachu i dotyku stron, więc nie rezygnuję z tego, ale muszę przyznać, że ebooki są również bardzo wygodne. Czytnik nie zajmuje prawie żadnego miejsca, mogę czytać w ciemności, jest praktycznie niezniszczalny, więc nie muszę się martwić o poobijanie go w torbie z innymi rzeczami.

Nie mówiąc już o tym, że na moim regale z książkami stoi jeszcze kilka nieprzeczytanych pozycji, za które muszę się wziąć zanim kupiłabym cokolwiek nowego... Nie popieram gromadzenia książek tylko po to, by je mieć albo ,,kiedyś'' przeczytać, a to ,,kiedyś'' nigdy nie nadchodzi. Absolutnie nie krytykuję też miłości do książek, czy literatury; moje spojrzenie jest bardzo osobiste i domyślam się, że może nie być zgodne z poglądami innych.

Tak czy siak, na tym kończę na dzisiaj. Co sądzicie o mojej liście? Macie jakieś własne zbiory rzeczy, które zniknęły z Waszego życia ze względu na przejście na jego bardziej ekologiczny styl?

Do usłyszenia!
Basia

26 maja 2019

Kwiecień w spódnicy- tydzień 4 i podsumowanie 👯👌

Kwiecień w spódnicy- tydzień 4 i podsumowanie 👯👌
Hej!

Jak już wszyscy dobrze wiedzą, bo właściwie kończy się już maj, eksperyment #wspodnicy zakończył się. Teraz czas na wnioski i podsumowanie ze zdjęciami z tygodnia czwartego. Piszę o tym dość spóźniona, ale lepiej późno niż wcale, nie?
W każdym razie, projekt uważam za zakończony sukcesem, bo oprócz kilku dni, w których pozwoliłam sobie na oszukanie zasad ze względu na chorobę albo trudne okoliczności, udało mi się chodzić w spódnicach i sukienkach.


Suma summarum:
1.       Zauważyłam, którą część moich ubrań lubię nosić, a od której stronię. Dzięki temu udało mi się zrobić przegląd szafy, którą opuściło kilka zapomnianych ciuchów.
2.       Zauważyłam, czego w mojej garderobie faktycznie brakuje- rajstop i tzw. Butów do spódnicy.
3.       Doceniłam spódnicę i sukienkę jako nie tylko ładne i kobiece części stroju, ale także jako różnorodne i praktyczne garderobiane wybory.


Mojemu ,,projektowi’’ daleko od oryginalności albo niespotykanych wniosków, ale dla mnie był czymś wyjątkowym, ponieważ często zamykałam się w pewnego rodzaju wygodzie i przewidywalności stroju. To z drugiej strony wpędzało mnie w poczucie, że wciąż wyglądam tak samo, nie jestem zadowolona z moich strojów i na pewno powinnam odświeżyć garderobę.


Mimo tego, że nie nosiłam w kwietniu wszystkich moich ubrań, bo pomijałam spodnie i rzeczy, które pasują bardziej do nich, czuję, że zauważyłam jaki uniform mi odpowiada, w czym czuję się pewnie i jakie ubrania najlepiej prezentują mnie innym. Czuję, że będę teraz lepiej wiedziała, jak komponować moje stroje tak, żeby wszystko było uniwersalne i pasowało do siebie,  a to (mam nadzieję) poprowadzi mnie dalej w stronę szafy zupełnie kapsułowej.
To tyle jeśli chodzi o kwiecień #wspodnicy. Maj już też praktycznie za nami, ale zastanawiam się pod jakim znakiem mogłabym spędzić czerwiec?
Do usłyszenia!
Basia

8 maja 2019

Jak czyścić plecak Kånken? 🌟 (5 kroków)

Jak czyścić plecak Kånken? 🌟 (5 kroków)
Hej!

Jakiś czas temu pokazywałam na blogu mój plecak Kånken i co w nim noszę, kiedy idę na uczelnię. Obecnie już nie studiuję, ale mój plecak towarzyszy mi praktycznie każdego dnia, czy idę do pracy, czy na zakupy, czy spotkać się z przyjaciółmi.

Z używaniem przychodzą niestety zabrudzenia i zużycie, które niestety nie omija i plecaków Kånken. Ja mam mojego od około czterech lat i sądzę, że wygląda dobrze, jak na swój wiek, szczególnie w świecie, gdzie torby i inne akcesoria wytrzymują czasami jeden sezon...

Mój Kånken jest obecnie całkiem brudny. Przyznaję się do nie czyszczenia go już od jakiegoś czasu, ale teraz sprawy muszą się zmienić, ponieważ zaczynam nową pracę i nie mogę chodzić do biura z nieświeżą torbą...

Póki co prałam mój plecak kilka razy, może raz lub dwa w roku (w zależności od potrzeby). W tym poście pokażę Wam jak ja dbam o mój Kånken, żeby był czysty i służył mi jak najdłużej.



Krok 1: Zdejmuję z plecaka przypinki, wyjmuję ze środka gąbkę usztywniającą (służy mi też często jako podkładka do siadania na ziemi).



Krok 2: Wytrzepuję z plecaka wszystkie paprochy; wykręcam go na lewą stronę i upewniam się, że jest zupełnie pusty

Krok 3: Namaczam plecak w delikatnie ciepłej wodzie z płynem do mycia naczyń i zostawiam tak na około 15-20 minut lub do czasu, gdy zobaczę, że woda zrobiła się brudna.



Krok 4: Po upłynięciu tego czasu wyjmuję plecak z wody i płuczę go czystą, letnią wodą przecierając jednocześnie powierzchnie gąbką z płynem do mycia naczyń.


Nie pocieram zbyt mocno, by nie pozbawić plecaka koloru. Czyszczę też wtedy gąbką ramiączka, które często robią się dość brudne od częstego noszenia.



Krok 5: Jeszcze raz płuczę plecak czystą wodą, po czym delikatnie wytrzepuję, by nie był kompletnie przemoczony (nie wyciskam!) i zostawiam w prysznicu, by zupełnie wysechł. Nigdy nie suszę go na słońcu, by nie stracił koloru i nie ,,upiekł się''.



I gotowe! Po kilku godzinach plecak jest znów gotowy do noszenia! Można wtedy ponownie włożyć prostokątną gąbkę i przypinki na miejsce. Mój Kånken zdecydowanie ma na sobie ślady użytkowania, ale służy mi wciąż nienagannie i uważam, że wygląda bardzo dobrze, a po praniu jest schludny, ładny i czysty.

💙💙💙

Dodatkowo, plecak Kånken można po praniu potraktować woskiem, by był wodoodporny. Ta ,,funkcja'' jest w nich obecna po kupieniu, ale może zniknąć po pierwszym, czy drugim praniu, gdy ciepła woda zmyje wosk nałożony przez producenta lub po prostu z czasem i użytkowaniem. Osobiście nigdy nie woskowałam mojego Kånkena, bo zwyczajnie nie widzę takiej potrzeby, jednak można to prosto zrobić kupując wosk z oficjalnego sklepu Fjällräven lub zwykły wosk, który rozprowadzimy później po materiale.

Mam nadzieję, że ten post pomoże posiadaczom takiego lub innego plecaka w odpowiednim dbaniu o czystość, ale też trwałość materiału, który nosimy na co dzień. Warto zwracać uwagę na odpowiednie mycie i używanie plecaka, aby mógł nam służyć długo i w ten sposób nie przyczyniać się do konsumpcjonistycznego szału kupowania i przedwczesnej wymiany akcesoriów, która nie służy ani naszemu portfelowi, ani szafie, ani planecie. Proste, prawda? 🌍

Do usłyszenia!
Basia



Copyright © 2016 Renaturat , Blogger